Szuflada

…bo życie jest ciekawe

W Nowy Rok Niemcy tańczą rzadko

Świnka namalowana na kamyku z dziurką. Napis pod świanką: dużo szczęścia!

Niemcy na Nowy Rok obdarowują się drobiazgami na szczęście.

Symbole szczęście w tym kraju to: czterolistna koniczyna, kominiarz, świnia i kamień z dziurką. Dlatego w Nowy Rok Niemcy dają sobie nawzajem czterolistne koniczynki w doniczkach, małe figurki kominiarzy, świnki z gliny lub z lukru, kamienie z dziurką.

Sylwestra Niemcy zazwyczaj rozpoczynają od zjedzenia obfitego posiłku w restauracji. Warto wcześniej zarezerwować miejsce, bo spóźnialscy nie znajdą dla siebie stolika dzwoniąc do jadłodajni zbyt późno. Po posiłku Niemcy idą do domów lub spacerują po mieście, by tam powitać Nowy Rok. Ale nie są to taneczne imprezy, ponieważ Niemcy tańczą rzadko. Jeśli już to przy techno party lub przy hitach mijającego roku w klubach. W mniejszych miastach odbywają się większe imprezy przy orkiestrze. Jednak tradycja witania tańcem Nowego Roku nie jest powszechna. Raczej pije się „zekta” – nasze wino musujące i spędza ten czas w swoim gronie.

Fajerwerki natomiast są sprzedawane tylko tuż przed Sylwestrem, więc nikt nie stresuje psów, ponieważ między Świętami a Nowym Rokiem nie słuchać wystrzałów. Te rozlegną się dopiero o godzinie dwunastej w nocy.

Kominiarz w doniczce z czterolistną koniczyną, zapakowany w folię.

Osiemdziesiąt wybuchów – zabawa prawie na minutę!

Grudzień 31, 2011 Posted by | felieton, news, newsy, relacja z wydarzenia, reportaż | , , | Dodaj komentarz

Po niemieckim Bożym Narodzeniu…

Osiedle w kurorcie w Sauerlandzie

Osiedle w kurorcie w Sauerlandzie

 

W tym roku, jak w większości Europy, Boże Narodzenie przemknęło bez śniegu. Jednakże niemieckie budynki w Sauerlandzie (wyżynny, do 800 m n. p. m., region w Nadrenii Północnej-Westfalii) są koloru białego, więc ma się wrażenie jakby były przykryte białą pierzynką.

Niemcy nie obchodzą Wigilii w tak uroczysty sposób jak Polacy. Potrawą wigilijną jest kaczka albo gęś, rzadko indyk. Inną potrawą jest „Kartofellsalat” – sałatka z ziemniakami i majonezem (dodają do niej czasami zielony groszek, jajka lub ogórki) oraz „Bratwurst” kiełbaski grillowe. W rejonie Lippstadt świąteczną potrawą są „Lippischer Pickert” – racuchy z kartoflami zjadane się z konfiturami lub pasztetem. Do wszystkiego w dużej ilości „Glühwein” – grzane wino z dodatkiem cynamonu, goździków i anyżu. Niemieckie świąteczne ciasto to „Stollen”. Podobny do polskiego keksa, jednakże z tą różnicą, że zawiera dużą ilość marcepana i jest posypane cukrem pudrem.

Przystrojenie choinki u naszych zachodnich sąsiadów jest skromne. Zazwyczaj w jednym kolorze bombek i kokard plus kilkanaście lampek podobnych do stojących świeczek. Domy natomiast przyozdabiane są ozdobami z drewna i świerku.

Tradycja stawiania szopek jest podtrzymywana zarówno w kościele katolickim, jak i ewangelickim. Wyglądają one mniej strojnie i kolorowo niż w Polsce.

choinka w Salahausen (miasteczko sanatoryjne)

choinka w Salahausen (miasteczko sanatoryjne)

Kawiarnia w Salhausen

Kawiarnia w Salhausen

 

Grudzień 31, 2011 Posted by | felieton, newsy, reportaż | , , , | Dodaj komentarz

Mieli być trzej królowie

Manfred Sutor - Fotolia

Chcąc kupić kartki świąteczne weszłam do księgarni i zaszyłam się między półkami. I nagle mój szary poranek stał się kolorowy, a wszystko to z powodu podsłuchanej rozmowy.

Do księgarni wchodzi dziarskim krokiem szpakowaty pan. Widać, że z właścicielką księgarni zna się doskonale. Żartują i zdrabniają swoje imiona. Z rozmowy wynika, że energiczny pan jest dostawcą książek, ale również akcesorii świątecznych. Ma w ofercie aniołki, stroiki, ozdoby oraz szopki. W pewnym momencie dzwoni telefon hurtownika. Rozmowa ze spokojnej przybiera na sile, aż staje się głośna i nerwowa: Jak to nie ma króli!? Co z tego, że jest Matka Boska. Przecież przy żłóbku była Maryja prawda…!? Co pani powie…? cztery Matki Boskie…? No tak! Pomylili się i dali Matki Boskie zamiast trzech króli. To pewnie dlatego, że też była na klęczkach, a kolorystyka przecież taka podobna… Hurtownik zamyślił się i już bardzo miłym głosem dodaje: Przepraszam panią za pomyłkę. Reklamację uwzględniam. Zaraz przyjadę i wymienię feralną szopkę.

Po odłożeniu słuchawki, żali się do pani sprzedawczyni: Chińczyki znowu pomylili figurki… Do widzenia i Wesołych Świąt! – energicznie wychodzi.

Jestem usatysfakcjonowana, kupuję kartki i wychodzę nie życząc jeszcze „Wesołych Świąt”. Dlaczego? Bo ja jeszcze tu wrócę! Po co? By zaszyć się w książkach i podsłuchiwać…

Gdańsk, 9 grudnia 2011

opublikowany na: podprad.pl

Grudzień 9, 2011 Posted by | felieton, relacja z wydarzenia | , , , , | Dodaj komentarz

MEGAgalerie

Foto Wojciech Woźniak

Graficiarze. Jedni lubią ich niezależność i oryginalność, inni nienawidzą, bo niszczą powierzchnie świeżo malowane. Ale wystarczy spojrzeć na obraz znajdujący się na ścianie dziesięciopiętrowego bloku, by poczuć coś monumentalnego.

Malunki na ścianach niegdyś były bezdyskusyjnym przejawem wandalizmu. Aktualnie pojawiające się na murach obrazy zdobyły status sztuki. Mówi się o nich jak o zjawisku społecznym i nazywa street artem. A może malowanie ścian jest odpowiedzią na nasze lenistwo? Bo, jeśli nie chce nam się iść do galerii, to galeria przychodzi do nas. – Mało osób zdaje sobie sprawę, że na blokowisku można znaleźć unikatową kolekcję malarstwa monumentalnego – mówi Rafał Roskowiński, absolwent gdańskiej ASP, założyciel Gdańskiej Szkoły Muralu.

Ciężka harówa

Znawcy sztuki współczesnej dyskutują nad związkami graffiti z muralem, natomiast artyści, nie zważając na górnolotne rozmowy, coraz śmielej, w bardziej lub mniej legalny sposób, zagospodarowują przestrzeń publiczną miasta. Na pionowych powierzchniach pojawiają się malowidła w różnych formach, od szablonowego rysunku do megaobrazu. Wielkoformatowa twórczość może dyskutować z widzem lub po prostu zdobić ścianę, ale by zamalować dużą przestrzeń na trwałe, trzeba użyć dobrej jakości farby i… wysokich rusztowań. – By stworzyć obraz na bloku, nie można bać się wysokości – mówi Roskowiński. – Praca nad muralem to ciężka, fizyczna harówka. Czasami trzeba wciskać akryl w nierówną elewację, nie wspominając o wnoszeniu na górę hektolitrów farby oraz malowaniu na bujającej się pod nogami platformie.

By obejrzeć ciekawe prace malarstwa monumentalnego warto wybrać się do Łodzi lub Gdańska.

Początki

Rozwój graffiti i muralu w Polsce ma swój początek w latach osiemdziesiątych. Malowanie ścian w czasach komunistycznych było dozwolone, jeśli spełniało określone kryteria. Zazwyczaj musiały to być hasła poprawne politycznie. Na nadgryzionych zębem czasu budynkach możemy odszukać namalowaną w czasach socjalizmu reklamę Pewexu lub Totalizatora Sportowego. W fabrykach malowano komunistyczne graffiti z hasłami Nie pij w pracy lub Przestrzegaj przepisów BHP.

W latach osiemdziesiątych wyznaczających początek rozwoju graffiti i muralu w Polsce, w różnych miastach naszego kraju na murach malowano hasła antykomunistyczne. Słowa te poruszały, ale były czymś niedozwolonym. Miały one znaczenie społeczne, bo wzbudzały dyskusję. – Podczas mszy papieskiej odbywającej się na gdańskim blokowisku w 1987 roku zobaczyłem wielkie płótna rozwieszone na blokach – wspomina atmosferę przyjazdu papieża do Gdańska Rafał Roskowiński. – Myślę, że te wielkie płótna były przygotowane wcześniej nieudolnym, domowym sposobem. Przedstawiały symbole religijne i solidarnościowe. Dzieła te, pomimo swojej nieporadności, działały jednak na zgromadzonych i tworzyły swoistą atmosferę tamtego wydarzenia. Uzmysłowiłem sobie, że nie było ważne, w jaki sposób zostały wykonane. Ważne było to, że przez swój rozmiar działały na odbiorców – podsumowuje Roskowiński.

Festiwal wolności

Wraz z rozwojem wolnej Polski, w latach dziewięćdziesiątych, zaczęło powstawać coraz więcej wielkich obrazów w przeróżnych miejscach. Jednym z inicjatorów i wizjonerów malowania murali był wspomniany Roskowiński. Dzięki jego inspiracji i pracy twórczej powstało kilkadziesiąt murali w Gdańsku i Warszawie. Zrealizował swoje pomysły artystyczne między innymi na murach Stoczni Gdańskiej, Browarze Gdańskim i Wojewódzkiej Komendzie Straży Pożarnej. W 1996 roku, dzięki jego inicjatywie, na Węźle Kliniczna w Gdańsku powstały dzieła namalowane przez niego, ale również przez Jimi Torturo, Tomasza Bielaka, Tomasza Zabrockiego, Krzysztofa Wróblewskiego czy Rafała Ewertowskiego.

Rok później Roskowiński z okazji tysiąclecia Miasta Gdańska zorganizował międzynarodowy festiwal muralu, a na przestrzeń festiwalową wyznaczył bloki w gdańskiej dzielnicy Zaspa. Jego ambicją było pokrycie murów Gdańska monumentalnymi i ekspresyjnymi kompozycjami malarskimi realizowanymi w technice fresku suchego. Inicjatywa ta rozwija się do dziś. – Należy mieć świadomość, że na tym osiedlu znajduje się nie tylko pomalowana elewacja, ale są to, w większości, prace artystyczne – mówi Roskowiński. – Znajdują się tu jedyne realizacje w Europie, a galeria muralu jest jedną z największych kolekcji w naszym kraju.

Na gdańskiej Zaspie znajdują się dwadzieścia cztery obrazy różnych twórców.

Spacer po galerii

Założona przez Roskowińskiego Gdańska Szkoła Muralu poza warsztatami i wielkoformatowymi realizacjami aktywizuje mieszkańców osiedla. Dzięki pomysłowi GSM mieszkańcy Zaspy będą mogli stać się przewodnikami po Kolekcji Malarstwa Monumentalnego na swoim osiedlu. Podczas spotkań z twórcami zaspiańskich murali, uczestnicy szkolenia poznają historię powstawania kolekcji, szczegóły dotyczące realizacji oraz informacje o autorach.

– Marzy nam się, by turyści chcieli zobaczyć nie tylko gdańską starówkę, ale również galerię wielkoformatowych obrazów – podsumowuje Szymon Wróblewski, koordynator realizacji projektu.

(publikacja w magazynie studenckim „płyń POD PRĄD” – maj 2011)

Maj 31, 2011 Posted by | news, relacja z wydarzenia | , , , | Dodaj komentarz

Obrazy mojego taty

foto. Mateusz Nikodemski

Szukając jego nazwiska w sieci, prawie nie znajdziemy o nim wiadomości. Jak to możliwe? Przecież ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie wyróżniony srebrnym medalem, był założycielem i aktywnym członkiem znaczącej w okresie międzywojennym poznańskiej grupy artystycznej Świt, był nauczycielem malarstwa ponad sześćdziesiąt lat a malował siedemdziesiąt.

 

Erwin Elster urodził się pod koniec dziewiętnastego wieku. Malował w najciekawszym okresie historii polskiego malarstwa. Większość życia z pasją uczył innych oraz ze szczodrością rozdawał swoje obrazy. W grudniu ubiegłego roku część z nich znalazła się na wystawie w Muzeum Narodowym w Gdańsku.

Początki

W zaborze Austriackim, w Ottyni, przychodzi na świat Erwin Elster. Maturę kończy w Stanisławowie. A na początku dwudziestego wieku zostaje przyjęty do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Po ukończeniu studiów, w roku 1912 otrzymuje stypendium i wyjeżdża na dalsze studia do Paryża. W niedługim czasie po powrocie do Krakowa wybucha pierwsza wojna światowa.

Okres wojny

W latach wojny mieszkał niedaleko Bielska w zaborze austryjackim. Po drugiej stronie rzeki Białki był już zabór pruski i tam w tym czasie przebywał znany akwarelista Julian Fałat. Był to znaczący okres w życiu Elstera. Mistrz i uczeń wiele czasu spędzali na rozmowach i ocenie wypraw plenerowych. To z tamtego okresu pochodzą akwarele przedstawiające kościółki góralskie, jak na przykład prezentowany na wystawie kościół w Mikuszowicach.

Rozkwit

Po wojnie przeprowadza się do Poznania i podejmuje pracę w Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego oraz w Szkole Budownictwa (dzisiejsza Politechnika Poznańska). Tworzy wraz z Fryderykiem Pautschem elitarne ugrupowanie Świt. Dewizą założycieli było: natura powinna być naturalną, sztuka wymyślną. Ugrupowanie tworzyli artyści różnych dziedzin: malarstwa, grafiki, rzeźby, architektury i ceramiki. Znalazły się w niej osoby zarówno z dorobkiem artystycznym jak i bez.

Lata trzydzieste i czterdzieste to pasmo sukcesów artystycznych i towarzyskich. Artysta w tym czasie wiele podróżuje, maluje i wystawia w Polsce i za granicą.

II wojna światowa

Był to czas szczególnie trudny w życiu artysty. Zostaje wyrzucony z mieszkania. Pracuje jako malarz szyldów i rysownik techniczny. Znaczna część przedwojennego dorobku ulega zniszczeniu. Rok przed końcem wojny umiera jego żona.

Czas PRL-u

Po wojnie Elster wraca do pracy w poznańskich uczelniach. W 1946 roku żeni się z Ireną Schultz i z tego związku przychodzi na świat córka Ewa.

W 1954 roku po likwidacji Wydziału Architektury na Politechnice Poznańskiej przeprowadza się do Gdańska. Wybrał to miasto, być może dlatego, że pracował tu znany mu z poznańskich czasów malarz Władysław Lam z ugrupowania Świt.

Przez okres siermiężnych lat PRL-u Erwin Elster nie rezygnuje z noszenia muszki w stylu lat dwudziestych. – Jako dziecko nie lubiłam muszek mego taty, wydawało mi się to dziwne – mówi Ewa Elster-Granatowicz. – Dzisiaj rozumiem, że były one wyrazem wolności ducha i wolności twórczej mego taty.

***

Za oknem pada śnieg z deszczem. Piję z panią Ewą herbatę zaparzoną w białym, porcelanowym czajniku. Na stole stoją ręcznie malowane porcelanowe filiżanki. Pani Ewa wnosi na swój duży, drewniany stół w jadalni zdjęcia, świadectwa oraz publikacje o swoim ojcu. Jest osobą pełną życia. Ma gęste blond włosy i młodzieńczy tembr głosu. Jest inżynierem. Mówi, że syn Krzysztof, odziedziczył talent po dziadku. Poczucie konieczności doprowadzenia do wystawy było dla mnie wyzwaniem, które niosłam w sobie przez całe życie – opowiada z ognikami w oczach córka artysty.

Wystawa malarstwa Erwina Elstera w Muzeum Narodowe w Gdańsku jest pierwszą indywidualną wystawą prac artysty. – Trzy lata przygotowywałam tę wystawę – opowiada Ewa Elster-Granatowicz. – Myślę, że może właśnie po to się urodziłam…

Katarzyna Michałowska

Kwiecień 26, 2011 Posted by | reportaż | , , , | Dodaj komentarz

Wiosenna impreza

Gdy na podwórku wiosna się nam mości,

powinność mówi: Zwołaj szybko gości!

Migiem się zbliża sobota wieczorem,

więc dom mój dziś stanie dla nich otworem.

W takim razie robię jedzenie susami,

bo talerze nie mogą świecić pustkami.

 

Później postaram się być bardzo miła,

chcę, by mnie moja grupa polubiła.

Razem z zabawą ciśnienie me wzrasta,

myślę: po co mi była ta hałastra?

ukrywam złość bębniąc palcami o stół,

i piję więcej piwa, niż tylko pół.

Przecież miało być pięknie i tak wesoło,

a ja wciąż tylko rozglądam się wkoło

i coś ciśnie mnie w dołku niezmiennie,

gdy ktoś plecie głupoty bezdenne.

Dziewczyna się mizdrzy do chłopaka swego,

a kotlet jej leci na zaproszonego.

Nikt uwagi na tłuste ślady nie zwraca,

każdy się tylko w swych rozmowach zatraca…

Wśród brudnej podłogi puentę chcę podać –

rozrywkę wszelką warto rozpatrywać,

by się nie stać oczekiwań swych ofiarą,

a mieć podejście pozytywne i z wiarą,

że warto się bawić tak, jak się lubuje

nie pod presją innych, lecz jak mózg dyktuje.

Inaczej rozczarowanie bardzo wielkie

ogarnia człowieka i zabawy wszelkie

później się udręką niesłychaną stają,

chociaż z pozoru frajdą się wydają.

Rozrywkę trzeba wybierać należycie,

by się nią nie smucić przez całe swe życie.

Marzec 26, 2011 Posted by | felieton, news | , , | Dodaj komentarz

Wyginam śmiało ciało

Hasło gimnastyka sportowa przywołuje skojarzenia z nazwiskiem olimpijczyka Leszka Blanika lub ze skokiem przez kozła w szkole podstawowej. Tymczasem teraźniejsze zainteresowanie młodzieży parkurem i breakdancem może rozpocząć złote lata dla tego sportu.

Niektórzy nazywają ją matką wszystkich sportów, ponieważ oprócz szybkości, siły, wytrzymałości, gibkości i koordynacji przestrzennej, rozwija również rytmikę. – Lubię ten sport, bo ćwiczą wszystkie partie mięśniowe i zmysły – mówi Maciej Maciejewski, trener gimnastyki sportowej z Gdańska. – Zacząłem trenować gimnastykę sportową na studiach. Wiedziałem, że jest zbyt późno, by osiągnąć szczyty. Teraz ćwiczę rekreacyjnie i spełniam się jako trener, a dodatkowo propaguję ten sport wśród studentów.

Początkowo gimnastyka rozwijała się dwoma, niezależnymi torami: szwedzkim (osiąganie sprawności fizycznej oraz harmonijny rozwój ciała) i niemieckim – (silna armia miała zjednoczyć naród). Z czasem stała się dyscypliną sportową i od pierwszych nowożytnych igrzysk w Atenach (1896) dyscypliną olimpijską.

Zawodowo

Nabór przyszłych zawodowych sportowców odbywa się w wieku pięciu, sześciu lat. Trening jest bardzo wymagający, począwszy od rozciągania, a skończywszy na pracy nad kształtowaniem siły i wytrzymałości. – Dzieci trenujące gimnastykę sportową nie mają jeszcze twardego kośćca, więc poprzez rozciąganie można odpowiednio odkształtować panweki w stawach, dzięki czemu dziecko jest w stanie zrobić szpagat nawet do tzw. przeprostu – mówi Maciej Maciejewski. – Talent dziecka do tego sportu można szybko rozpoznać po jego motywacji i chęciach – opowiada o swojej pracy trenerskiej. – Teraz szkolę dziewczynkę, która jest o rok za wcześnie, ale poziomem przewyższa inne dzieci. Widać w niej zapał. Przychodzi na dodatkowe zajęcia i jest bardzo ambitna. Dodatkowo ma predyspozycje fizyczne. To wszytko składa się na to, że w tym sporcie może wiele osiągnąć.

Rekreacyjnie

Dorosła osoba wchodząca w ten sport musi mieć w sobie wytrwałość i lubić wyzwania. Uczestnicząc w treningu gimnastycznym, będzie rozwijać siłę i mocno się rozciągać. – By wejść z przysłowiowej ulicy do sali gimnastycznej i trenować, potrzeba około roku, by przygotować ciało i sylwetkę, zanim przejdzie się do ćwiczeń technicznych – mówi trener.

Osoby niskiego wzrostu najczęściej osiągają sukces w gimnastyce sportowej. – Dzieje się tak, gdyż środek ciężkości jest niżej, a im krótsza kończyna, tym łatwiej utrzymać ciało, bo wtedy mięśnie trzymają lepiej – tłumaczy były student AWF-u. – Każdy, w dowolnym wieku, może rozpocząć rekreacyjnie uprawiać tę dyscyplinę sportu. Oczywiście, nie osiągnie poziomu olimpijczyka, ale nauczy się kilku elementów klasy podstawowej. A to już daje dużo satysfakcji.

Pokonać strach

Niektóre elementy techniczne są trudne i wymagają dużej odwagi. – Na pewnym etapie treningu przychodzą takie wyzwania, że strach paraliżuje – mówi Maciej Maciejewski. – Mam lęk wysokości, więc by zrobić na drążku kołowrót wielki czy zejść saltem, musiałem przezwyciężyć bojaźń. Początkowo nie chciałem wirować, jednak pokonałem swój lęk dzięki trenerowi. Miałem do niego duże zaufanie. Zawsze mnie asekurował podczas ćwiczeń i nigdy nie zawiódł. W pewnym momencie powiedział, że mam puścić drążek, a on zajmie się całą resztą. Puściłem, zrobiłem, powtórzyłem i od tego momentu robię to już sam. Przezwyciężyłem moją słabość i do tej pory wykonuję to ćwiczenie – opowiada.

Popularność

Dużą popularnością gimnastyka cieszy się w USA, Rosji i Japonii. – W Polsce jest to sport niszowy. Jedyną osobą, która osiągnęła wszystko, bo złoto olimpijskie, jest Leszek Blanik – mówi Maciej. – Moi rodzice dostrzegli we mnie talent do tego sportu, bo od zawsze lubiłem skakać i robić wymyki na trzepaku. Jednakże nie miałem możliwości, by trenować. Pochodzę ze Słupska, a tam nie było sali gimnastycznej ze sprzętem do akrobatyki. Najbliższa była w Gdańsku i Bydgoszczy. Moi rodzice nie zdecydowali się mnie dowozić lub szukać tam szkoły z internatem.

Perspektywy

Gimnastyka sportowa w obecnych czasach może przeżywać rozkwit. Zainteresowanie młodzieży parkurem i breakdancem może rozbudzić pasję do tego sportu. Pozorna zabawa w przeskakiwanie płotów lub taniec połamaniec, są pokrewne z gimnastyką sportową. Na przykład podczas tańca breakdance wykonuje się figurę pochodzącą z gimnastyki tzw. Koło Thomasa. Tancerz jest podparty na rękach, natomiast nogi wirują wysoko nad ziemią.

Ograniczeniem do rozwoju tej dyscypliny w Polsce jest brak sal gimnastycznych z nowoczesnym sprzętem. Do tej pory mamy takie tylko w kilku dużych miastach, często posiadające przestarzałe oprzyrządowanie. Ale widać początki pozytywnych zmian. W Szczecinie budowana jest nowoczesna sala gimnastyczna, a w Gdańsku na koniec marca planowana jest organizacja Mistrzostw Polski w Gimnastyce Sportowej.

Katarzyna Michałowska

Luty 23, 2011 Posted by | Uncategorized | , | Dodaj komentarz

Rycerski stan

Stan rycerski kojarzy się z historycznymi bitwami, zbroją, przygodą, końmi oraz wiernością zasadom. Czy dzisiejsi rycerze są podobni do tych z czasów średniowiecza? Skąd wzięła się w naszych czasach fascynacja tą tematyką? Na te i inne pytania spróbuję odpowiedzieć.

Na terenie zamku w Golubiu-Dobrzyniu, w lipcu 1977 roku został zorganizowany pierwszy w Polsce nowożytny turniej rycerski. To wydarzenie stało się początkiem powstania licznych odłamów ruchu rycerskiego w Polsce.

Czym skorupka…

Bycie rycerzem, działa na wyobraźnię. Fascynacja tą tematyką często zaczyna się już od najmłodszych lat. – Zawsze chciałem być rycerzem. Marzenie to kiełkowało we mnie od małego – mówi Robert Rosłan, student Politechniki Gdańskiej, członek Chorągwi Ziemi Gdańskiej. – Czytałem książki, gdzie opisywano rycerzy w lśniących zbrojach, oglądałem filmy i bawiłem się z kolegami na podwórku. Gdy byłem starszy, zabawa z podwórka przeniosła się do świata gier komputerowych. Aż pewnego dnia, poznałem na jakimś pokazie paru ludzi z bractwa rycerskiego, którzy opowiedzieli mi o tym, jak walczą i skąd zarazili się pasją – kontynuuje z błyskiem w oku dwudziestoletni student wydziału chemicznego. – Wtedy i ja złapałem bakcyla. Pomyślałem: po co mam udawać rycerza, skoro mogę w jakimś stopniu samemu się nim stać. Gdy miałem piętnaście lat, poszukałem w internecie bractw rycerskich działających w okolicy i zacząłem realizować swoje marzenie.

Duży wybór

Przeszukując sieć, trafimy na ogromną ilość ruchów i bractw rycerskich działających w całej Polsce. Jak podaje kustosz zamku w Golubiu-Dobrzyniu, obecnie funkcjonuje w naszym kraju, zarejestrowanych lub nie, kilkaset bractw rycerskich. Trudno odnaleźć jakąś ich jednolitą ewidencję. Jednakże spisy bractw rycerskich można odnaleźć na stronach: http://bagrit.pl lub portalu onet.pl. Znajdziemy tu bractwa rycerskie takie jak: piastowskie, orlich gniazd, Herbu Perstin z Kłobucka lub Herbu Tur z Chojnic. Ruch Rycerski to nie tylko walka, lecz możliwość poznania średniowiecznych obyczajów. Można szkolić taniec średniowieczny, poznać tajniki kowalstwa bądź krawiectwa tamtych czasów.

Rycerskie zasady

Rycerstwo to nie tylko zabawa, ale też sposób bycia i zachowań. Dlatego powstały kodeksy jakim jest reguła rycerska spisana przez członków Kapituły Rycerstwa Polskiego (www.kapitula.com.pl). Opisuje ona zasady rycerskiego podejścia do człowieka, relacji międzyludzkich i służby. W regule możemy min. przeczytać o tym, że by prawym rycerzem zostać należy ducha swego i ciało doskonalić, w wierności powołaniu swemu pozostawać lub zważać na dumę rycerską, by pychą nie została splamiona. – Reguła została spisana przez członków Kapituły Rycerstwa Polskiego zrzeszającej kilkadziesiąt grup rekonstrukcyjnych – mówi Waldemar Młodawski, Kanclerz Kapituły Rycerstwa Polskiego. – Jednak nadal jest to tylko jakiś procent grup historycznych. Cieszymy się, jeżeli ktoś korzysta z reguły, bo to zbiór uniwersalnych zasad. Jednak nie rościmy sobie prawa do stwierdzenia, że reguła obowiązuje każdego rycerza.

Aby nikt podczas walki nie został trwale zraniony, zostały ustalone zasady bezpieczeństwa. – Nie bijemy się w nieosłonięte miejsca – mówi Robert Rosłan. – Nie bijemy leżącego, nie uderzamy w genitalia i potylicę. Mimo, że mamy hełmy z dobrym wymoszczeniem, tłumiącym uderzenie, to naprawdę mocny cios w głowę zwala z nóg i sprawia, że czasem można zobaczyć parę gwiazdek przed oczyma. Nie sztychujemy. Czyli nie zadajemy pchnięć podczas walki.

Należy pamiętać, że walka dla jej uczestników to duży wysiłek fizyczny. Trzeba utrzymywać organizm w dobrej kondycji poprzez długie i żmudne treningi. Do tego dochodzi obowiązek wytrwałego konserwowania sprzętu.

Inscenizacje

Walczących rycerzy, w pełnym rynsztunku, możemy zobaczyć podczas turniejów lub inscenizacji bitew. Największą w Polsce jest organizowana co roku bitwa pod Grunwaldem. –Jest to coś w stylu tygodniowego obozu rycerskiego, wokół którego wyrasta pełno ciekawych wydarzeń – opowiada o spotkaniu w Grunwaldzie Rosłan. Ponadto wśród osób odtwarzających wczesne czasy średniowieczne, popularna jest impreza na wyspie Wolin, oblężenie Malborka (nie jest dla wcześniaków), obchody rocznicy bitwy pod Legnicą czy turniej w Byczynie. By śledzić aktualnie odbywające się inscenizacje historyczne warto zaglądać na stronę: http://freha.pl.

Prawdziwa walka

Turnieje odbywają się według zasad ustalonych przez organizatorów, a nagrody zależą od hojności sponsorów. Walki toczone są jeden na jednego i, zależnie od formy turnieju, polegają na trafieniu przeciwnika odpowiednią ilość razy, np.: do 12 trafień, albo zdobyciu jak największej ilości punktów w czasie walki trwającej np.: 2 min. Na turnieje najczęściej zjeżdżają się okoliczne bractwa. Gdy turniej jest większy, to przyjeżdżają bractwa z całej Polski, a nawet zza granicy. – Często w czasie tych turniejów, poza walkami jeden na jednego, organizowane są walki (bohurtowe) w grupach, podczas których to walczą już raczej wojownicy niż rycerze – wyjaśnia podekscytowany student politechniki. – Ze względu na żywiołowość zapomina się o rycerskich uprzejmościach. Wojownicy dają z siebie 120%. W tych grupowych starciach nie ma miejsca na litość. Przy zachowaniu kilku oczywistych zasad bezpieczeństwa, wygrywa lepszy. Dzięki temu można poczuć sporą dawkę adrenaliny w warunkach, które w małej części oddają realizm prawdziwej bitwy. Po walkach, przeciwnicy siadają wspólnie przy ognisku i integrują się do rana przy kuflu piwa bądź innego zacnego trunku. Bo tak naprawdę jesteśmy dobrymi kumplami lubiącymi sprawdzić się na ubitej ziemi szanując siebie i przeciwnika – podsumowuje Robert. Informację o odbywających się turniejach lub jarmarkach średniowiecznych można znaleźć na stronie www.zamkiobronne.pl.

Europa

Inicjatywa z lat siedemdziesiątych zainicjowana przez kasztelana zamku Golubskiego, Zygmunta Kwiatkowskiego, okazała się tak popularna, że stała się organizowaną co roku imprezą. W państwach ościennych powstały rycerskie bractwa, a turnieje na Zamku Golubskim nabrały rangi międzynarodowych. – Ludzie odtwarzają kulturę średniowieczną na całym świecie – wyjaśnia członek Chorągwi Ziemi Gdańskiej. – Od Anglii i Francji przez całą Europę po Rosję. W internecie można zobaczyć filmiki z Amerykanami odtwarzającymi średniowieczne realia w swoim kraju. Jednak to Europa Wschodnia jest najbardziej zaludniona przez współczesnych rycerzy. Polska, Czechy, Białoruś, Litwa, Ukraina i Rosja to właśnie w tych państwach jest największa szansa na znalezienie rycerza z XXI wieku.

Katarzyna Michałowska

Szczególne podziękowania dla Waldemara Młodawskiego, Kanclerza KRP

Luty 22, 2011 Posted by | felieton, news | , | Dodaj komentarz

Komuna wróciła?

Kasjerka mówi, że nie może sprzedać zgrzewki napojów, bo na osobę przysługują dwie butelki. Czy to komunistyczne czasy wróciły? Nie! To tylko hipermarket Carrefour.

Długa kolejka do kasy. Na taśmie wyłożona przez parę z dzieckiem zgrzewka Ice Tea. Kasjerka odmawia sprzedaży towaru. Na twarzy kupujących maluje się zdziwienie. Sprzedawczyni odpowiada zimno – Przecież wiadomo, że na osobę przysługują dwie butelki napoju.

Gdy para zaczyna dopytywać o co chodzi, otrzymuje informację, że takie są tu zasady. W tym sklepie na osobę przysługują dwie butelki napoju. Osoby stojące w kolejce ze zdziwieniem obserwują sytuację, ale nie okazują zniecierpliwienia. Zaczynają wspominać czasy komunistyczne, kiedy towar był reglamentowany.

Klienci w kłopocie, pytają kasjerki o to, co teraz maja zrobić. Kasjerka milczy, więc za poradą innych rozrywają zgrzewkę, a sprzedawczyni wystawia dwa paragony na cztery butelki i mówi – Niech pan teraz idzie do innej kasy, bo ja już tak nie mogę. Klient odkłada przy kasie pozostałe cztery butelki i zrezygnowany odchodzi.

Ludzie stojący za nim dyskutują w najlepsze. Wspominają kartki za czasów komuny. Niektórzy śmieją się, że statystyczny Polak może wypić tylko dwie butelki dziennie. Inni, oburzeni, powołują się na zasady wolnego rynku. Ktoś kwituje – Panie, to Carrefour. Przecież to sklep należący do Francuzów. A tam to dopiero mają socjalistyczne podejście. Tam panie, jedna wielka komuna.

Któż by się spodziewał, komuna wróciła tylko w innym stroju, ale za to frontowymi drzwiami.

Czerwiec 17, 2010 Posted by | felieton, relacja z wydarzenia, reportaż | , | 1 komentarz

CZŁOWIEK SIĘ SPIESZY

On jest babiarzem, ona leniwa. Picie mleka jest szkodliwe, jedzenie szpinaku wydłuża życie. Bardzo łatwo przyjmować i podawać dalej niesprawdzone informacje. Komu chce się weryfikować zasłyszaną wiadomość? Przecież życie pędzi jak szalone.

Szybkość życia często powoduje u nas bezmyślność. Wokół brakuje sprawdzonych faktów. Trudno w gąszczu informacyjnym zdobyć rzetelną wiedzę. Szukamy wieści na portalach, forach dyskusyjnych lub otrzymujemy ją od kogoś w przelocie. Nasz rozmówca w pośpiechu zapomina dodać słowa: prawdopodobnie lub moim zdaniem, a my nieświadomie przekazujemy niesprawdzoną wiadomość dalej.

Uogólnienie

Świat powstał na skutek wielkiego wybuchu. Zmutowany grzyb powoduje zabójczą infekcję, a Natasza Urbańska na pewno zrobi karierę w Bollywood. Mięso z grilla może nam zaszkodzić, a czerwone wino chroni nasz mózg. Ilość informacji nas przygniata. Z tego powodu wielu ludziom wydaje się, że muszą mieć zdanie na temat nauki, jedzenia i otaczającej ich rzeczywistości. Zapytani o to, skąd czerpią na ten temat wiedzę, oprócz odpowiedzi: czytałem lub ktoś mi powiedział, nie powiedzą nic więcej. Bezrefleksyjnie przekazujemy sobie informacje i opinie na temat znajomych i wykładowców. Pytamy innych przed rozpoczęciem nowego semestru: jak prowadzą wykłady, czy są spoko na laborkach, czy stawiają dobre oceny z ćwiczeń? Cóż można odpowiedzieć na tak postawione pytanie? Szybko i bez zastanowienia: są spoko, ok., beznadzieja, maskara. I tu wkrada się zaniedbanie wynikające z pośpiechu: uogólnienie.

Opinie

Nasze opinie nie dotyczą tylko wykładowców. Wartościujemy ludzi poprzez nadawanie im przymiotników. Chamski, dowcipny, ciacho, kochany, flirciarz, babiarz, nudziarz. Powodów jest wiele. Po pierwsze problem natłoku informacyjnego. Nie mamy cierpliwości i czasu, by zdobyć sprawdzone informacje, więc powtarzamy zasłyszane. Drugi powód to życie w ciągłym zamęcie. Zmiany potęgują w nas uczucie zagrożenia, a my potrzebujemy bezpieczeństwa. Dlatego zaczynamy nazywać rzeczywistość, by w ten sposób ją oswoić. Jednak chaos nie ustaje i wzmaga w nas potrzebę porządkowania. Staramy się nieporadnie poukładać swoją wiedzę. Dostajemy informację, wkładamy ją w głowie do szuflady. Szufladzie nadajemy nazwę. Za chwilę uzyskujemy kolejną nowinę, musimy ją spakować jak najszybciej, bo zaraz otrzymamy zupełnie inną wiadomość. A, ponieważ nasz mózg zmieści ograniczoną ilość szuflad, przy wielości komunikatów szukamy pojęć zbiorczych i pakujemy wiele, często niepasujących do siebie wieści w jedno pudełko. Mamy złudne wrażenie porządku lecz zarazem mało sprawdzoną wiedzę. Później zapytani otwieramy swój zestaw szuflad i przekazujemy uprzednio zniekształconą informację dalej. Nie ma problemu? Jest! Brakuje nam czasu na analizę faktów i opinii. Tak rodzi się mitologia, a nie rzetelna wiedza.

Głupota

Szybkość życia potęguje głupotę. Nie mamy czasu na czytanie książek. Sprawdzenie czy przytoczona analiza została wykonana rzetelnie lub w oparciu o właściwe założenia jest niemożliwe. Ale weryfikowanie wiedzy polegające na zadaniu kilku pytań sprawdzających źródło lub wiarygodność informatora jest możliwe. Lepiej zadać pytania: czy to jest prawda? skąd o tym wiesz? kto podał tą informację? niż zadowalać się stwierdzeniem amerykańscy naukowcy lub międzynarodowa organizacja zdrowia.

Refleksja

W pędzącym świecie myślenie jest towarem deficytowym, a refleksja nie istnieje. Czarna wizja? Nie sądzę. Raczej rzeczywistość. Spojrzenie jej z odwagą prosto w twarz i wypowiedzenie pędowi otwartej wojny może pomóc wrócić do zaniedbanych podstaw. Najmądrzejszym sposobem jest zawalczenie o czas na refleksję, poukładanie wiedzy i głębszą rozmowę z przyjaciółmi. Niestety nie przyjedzie to samo. O to trzeba zabiegać z całych sił, planować, wychodzić z inicjatywą. Mądrości nie nabywa się dzięki bezmyślnemu przyswajaniu i przekazywaniu faktów i opinii. Refleksja, analiza, rzetelna wiedza może nas ubogacić i nie zniweluje obiektywnego wnioskowania.

opublikowano w Magazynie Studenckim „płyń POD PRĄD”

Maj 20, 2010 Posted by | felieton, trochę psychologii | , | Dodaj komentarz

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.