W Nowy Rok Niemcy tańczą rzadko
Niemcy na Nowy Rok obdarowują się drobiazgami na szczęście.
Symbole szczęście w tym kraju to: czterolistna koniczyna, kominiarz, świnia i kamień z dziurką. Dlatego w Nowy Rok Niemcy dają sobie nawzajem czterolistne koniczynki w doniczkach, małe figurki kominiarzy, świnki z gliny lub z lukru, kamienie z dziurką.
Sylwestra Niemcy zazwyczaj rozpoczynają od zjedzenia obfitego posiłku w restauracji. Warto wcześniej zarezerwować miejsce, bo spóźnialscy nie znajdą dla siebie stolika dzwoniąc do jadłodajni zbyt późno. Po posiłku Niemcy idą do domów lub spacerują po mieście, by tam powitać Nowy Rok. Ale nie są to taneczne imprezy, ponieważ Niemcy tańczą rzadko. Jeśli już to przy techno party lub przy hitach mijającego roku w klubach. W mniejszych miastach odbywają się większe imprezy przy orkiestrze. Jednak tradycja witania tańcem Nowego Roku nie jest powszechna. Raczej pije się „zekta” – nasze wino musujące i spędza ten czas w swoim gronie.
Fajerwerki natomiast są sprzedawane tylko tuż przed Sylwestrem, więc nikt nie stresuje psów, ponieważ między Świętami a Nowym Rokiem nie słuchać wystrzałów. Te rozlegną się dopiero o godzinie dwunastej w nocy.
Po niemieckim Bożym Narodzeniu…
W tym roku, jak w większości Europy, Boże Narodzenie przemknęło bez śniegu. Jednakże niemieckie budynki w Sauerlandzie (wyżynny, do 800 m n. p. m., region w Nadrenii Północnej-Westfalii) są koloru białego, więc ma się wrażenie jakby były przykryte białą pierzynką.
Niemcy nie obchodzą Wigilii w tak uroczysty sposób jak Polacy. Potrawą wigilijną jest kaczka albo gęś, rzadko indyk. Inną potrawą jest „Kartofellsalat” – sałatka z ziemniakami i majonezem (dodają do niej czasami zielony groszek, jajka lub ogórki) oraz „Bratwurst” kiełbaski grillowe. W rejonie Lippstadt świąteczną potrawą są „Lippischer Pickert” – racuchy z kartoflami zjadane się z konfiturami lub pasztetem. Do wszystkiego w dużej ilości „Glühwein” – grzane wino z dodatkiem cynamonu, goździków i anyżu. Niemieckie świąteczne ciasto to „Stollen”. Podobny do polskiego keksa, jednakże z tą różnicą, że zawiera dużą ilość marcepana i jest posypane cukrem pudrem.
Przystrojenie choinki u naszych zachodnich sąsiadów jest skromne. Zazwyczaj w jednym kolorze bombek i kokard plus kilkanaście lampek podobnych do stojących świeczek. Domy natomiast przyozdabiane są ozdobami z drewna i świerku.
Tradycja stawiania szopek jest podtrzymywana zarówno w kościele katolickim, jak i ewangelickim. Wyglądają one mniej strojnie i kolorowo niż w Polsce.
Obrazy mojego taty
Szukając jego nazwiska w sieci, prawie nie znajdziemy o nim wiadomości. Jak to możliwe? Przecież ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie wyróżniony srebrnym medalem, był założycielem i aktywnym członkiem znaczącej w okresie międzywojennym poznańskiej grupy artystycznej Świt, był nauczycielem malarstwa ponad sześćdziesiąt lat a malował siedemdziesiąt.
Erwin Elster urodził się pod koniec dziewiętnastego wieku. Malował w najciekawszym okresie historii polskiego malarstwa. Większość życia z pasją uczył innych oraz ze szczodrością rozdawał swoje obrazy. W grudniu ubiegłego roku część z nich znalazła się na wystawie w Muzeum Narodowym w Gdańsku.
Początki
W zaborze Austriackim, w Ottyni, przychodzi na świat Erwin Elster. Maturę kończy w Stanisławowie. A na początku dwudziestego wieku zostaje przyjęty do Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Po ukończeniu studiów, w roku 1912 otrzymuje stypendium i wyjeżdża na dalsze studia do Paryża. W niedługim czasie po powrocie do Krakowa wybucha pierwsza wojna światowa.
Okres wojny
W latach wojny mieszkał niedaleko Bielska w zaborze austryjackim. Po drugiej stronie rzeki Białki był już zabór pruski i tam w tym czasie przebywał znany akwarelista Julian Fałat. Był to znaczący okres w życiu Elstera. Mistrz i uczeń wiele czasu spędzali na rozmowach i ocenie wypraw plenerowych. To z tamtego okresu pochodzą akwarele przedstawiające kościółki góralskie, jak na przykład prezentowany na wystawie kościół w Mikuszowicach.
Rozkwit
Po wojnie przeprowadza się do Poznania i podejmuje pracę w Państwowej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego oraz w Szkole Budownictwa (dzisiejsza Politechnika Poznańska). Tworzy wraz z Fryderykiem Pautschem elitarne ugrupowanie Świt. Dewizą założycieli było: natura powinna być naturalną, sztuka wymyślną. Ugrupowanie tworzyli artyści różnych dziedzin: malarstwa, grafiki, rzeźby, architektury i ceramiki. Znalazły się w niej osoby zarówno z dorobkiem artystycznym jak i bez.
Lata trzydzieste i czterdzieste to pasmo sukcesów artystycznych i towarzyskich. Artysta w tym czasie wiele podróżuje, maluje i wystawia w Polsce i za granicą.
II wojna światowa
Był to czas szczególnie trudny w życiu artysty. Zostaje wyrzucony z mieszkania. Pracuje jako malarz szyldów i rysownik techniczny. Znaczna część przedwojennego dorobku ulega zniszczeniu. Rok przed końcem wojny umiera jego żona.
Czas PRL-u
Po wojnie Elster wraca do pracy w poznańskich uczelniach. W 1946 roku żeni się z Ireną Schultz i z tego związku przychodzi na świat córka Ewa.
W 1954 roku po likwidacji Wydziału Architektury na Politechnice Poznańskiej przeprowadza się do Gdańska. Wybrał to miasto, być może dlatego, że pracował tu znany mu z poznańskich czasów malarz Władysław Lam z ugrupowania Świt.
Przez okres siermiężnych lat PRL-u Erwin Elster nie rezygnuje z noszenia muszki w stylu lat dwudziestych. – Jako dziecko nie lubiłam muszek mego taty, wydawało mi się to dziwne – mówi Ewa Elster-Granatowicz. – Dzisiaj rozumiem, że były one wyrazem wolności ducha i wolności twórczej mego taty.
***
Za oknem pada śnieg z deszczem. Piję z panią Ewą herbatę zaparzoną w białym, porcelanowym czajniku. Na stole stoją ręcznie malowane porcelanowe filiżanki. Pani Ewa wnosi na swój duży, drewniany stół w jadalni zdjęcia, świadectwa oraz publikacje o swoim ojcu. Jest osobą pełną życia. Ma gęste blond włosy i młodzieńczy tembr głosu. Jest inżynierem. Mówi, że syn Krzysztof, odziedziczył talent po dziadku. Poczucie konieczności doprowadzenia do wystawy było dla mnie wyzwaniem, które niosłam w sobie przez całe życie – opowiada z ognikami w oczach córka artysty.
Wystawa malarstwa Erwina Elstera w Muzeum Narodowe w Gdańsku jest pierwszą indywidualną wystawą prac artysty. – Trzy lata przygotowywałam tę wystawę – opowiada Ewa Elster-Granatowicz. – Myślę, że może właśnie po to się urodziłam…
Katarzyna Michałowska
Komuna wróciła?
Kasjerka mówi, że nie może sprzedać zgrzewki napojów, bo na osobę przysługują dwie butelki. Czy to komunistyczne czasy wróciły? Nie! To tylko hipermarket Carrefour.
Długa kolejka do kasy. Na taśmie wyłożona przez parę z dzieckiem zgrzewka Ice Tea. Kasjerka odmawia sprzedaży towaru. Na twarzy kupujących maluje się zdziwienie. Sprzedawczyni odpowiada zimno – Przecież wiadomo, że na osobę przysługują dwie butelki napoju.
Gdy para zaczyna dopytywać o co chodzi, otrzymuje informację, że takie są tu zasady. W tym sklepie na osobę przysługują dwie butelki napoju. Osoby stojące w kolejce ze zdziwieniem obserwują sytuację, ale nie okazują zniecierpliwienia. Zaczynają wspominać czasy komunistyczne, kiedy towar był reglamentowany.
Klienci w kłopocie, pytają kasjerki o to, co teraz maja zrobić. Kasjerka milczy, więc za poradą innych rozrywają zgrzewkę, a sprzedawczyni wystawia dwa paragony na cztery butelki i mówi – Niech pan teraz idzie do innej kasy, bo ja już tak nie mogę. Klient odkłada przy kasie pozostałe cztery butelki i zrezygnowany odchodzi.
Ludzie stojący za nim dyskutują w najlepsze. Wspominają kartki za czasów komuny. Niektórzy śmieją się, że statystyczny Polak może wypić tylko dwie butelki dziennie. Inni, oburzeni, powołują się na zasady wolnego rynku. Ktoś kwituje – Panie, to Carrefour. Przecież to sklep należący do Francuzów. A tam to dopiero mają socjalistyczne podejście. Tam panie, jedna wielka komuna.
Któż by się spodziewał, komuna wróciła tylko w innym stroju, ale za to frontowymi drzwiami.
Miasto fabrycze? Nie! artystyczne
Düsseldorf może kojarzyć się Polakom z miastem fabrycznym, jednakże wielu może pozytywnie zaskoczyć.
Düsseldorf, po polsku nazywany `diseldorfem´ to jedno z największych miast polożonych w Zaglębiu Ruhry w Niemczech. Ta półmilionowa miejscowość może zaskoczyć nie tylko nowoczeną architekturą, ale niezwykłym artystycznym klimatem.
Oto kilka zdjęć miasta, które na pewno warto odwiedzić:
- düsseldorf
Osiedlowa pobudka
Lekki przymrozek. Wszystko pokryte szronem. Brak ludzi, puste ulice, cisza i spokój. Świat zatrzymał się na chwilę? Nie, odsypia po sylwestrowym świętowaniu.
Osmolone wyrzutnie rakiet w piaskownicy, wypalone petardy oraz puste butelki po wódce i szampanie pozostawione na placu zabaw, to poranny obraz gdańskiego osiedla pierwszego dnia nowego roku.
Psia potrzeba
– Trzeba wyjść, pies nie poczeka – skarży się pani w brązowym płaszczu trzymając na smyczy dwie trzęsące się bokserki. Uśmiecha się, ale wygląda jakby nie przespała nocy. Oddech, czerwone policzki i pozostałość makijażu są echem wczorajszego dnia. Opustoszałe osiedle o ósmej rano zaczyna się leniwie budzić. Pierwsi spacerowicze wychodzą, bo muszą. – Człowiek by pospał, ale ulitowałem się, trzeba wyprowadzić potrzebującego – tłumaczy się starszy pan. Kilku właścicieli czworonogów zaczyna dyskutować o wczorajszym świętowaniu. Można usłyszeć narzekanie, że w nocy było za głośno, huk wystrzałów przestraszył pudla, natomiast kundel dziewczyny w puchowej kurtce był dzielny, bo wcale się nie bał. W innej części osiedla dwie kobiety idąc dyskutują nad najlepszym rozwiązaniem na niestresowanie zwierzęcia w noc sylwestrową: faszerowanie chemią, czy uspokajanie i zasłanianie uszu. Należące do rozmówczyń psy obwąchują i obsikują pozostawione wokoło wypalone fajerwerki i petardy.
Coś dla ducha
Około godziny ósmej trzydzieści pojawiają się odświętnie ubrani ludzie zmierzający do kościoła. Msza zaczyna się o dziewiątej. Starsza pani zatrzymuje się przy grupie dyskutujących właścicieli psów. Uprzejmie witają się i składają noworoczne życzenia. Od razu przechodzą do żywej dyskusji na temat imprezy w pobliskim klubie nocnym. Stamtąd padło najwięcej wystrzałów. Dziwią się, że nikt nie bał się strzelać profesjonalnymi fajerwerkami tak blisko okien pobliskiego bloku.
Impreza jeszcze trwa
Na przystanku kolejki podmiejskiej ciszę przerywa śpiew. Dwóch chłopaków przytula trzy dziewczyny i wywrzaskuje – hej! hej! hej! sokoły. Krzyczą i machają do ludzi w zatrzymującym się pociągu. Zachęcają inne dziewczyny do wysiadania. Skaczą i tańczą, gdy pociąg odjeżdża. Potem stają w zwartym kręgu i robią sobie zdjęcia – To na naszą klasę! Głośny śpiew i krzyki zagłusza przejeżdżający pusty ekspres.
Na pobliskim parkingu dwóch starszych panów wysiada z czarnego auta. Chwilę rozmawiają, jeden z nich wyciąga z kieszeni piersiówkę z wódką. Korek upada, toczy się pod auto. Duży brzuch przeszkadza w sprawnym odnalezieniu zguby. Drugi zachęca – Daj sobie spokój, wypij flaszkę do dna i wyrzuć. Ten nie słucha. Z czerwoną twarzą i stękaniem wydobywa korek. Zakręca buteleczkę. Odchodzą od auta wspierając się pod ramię.
Czas do domu
Czerwony opel. Para w średnim wieku pakuje auto. Przyjechali do rodziny na świętowanie Sylwestra z Brodnicy. Mają przed sobą do przejechania ponad sto siedemdziesiąt kilometrów. Do bagażnika wrzucają kilka toreb, na tylną półkę zapakowane w reklamówkach jedzenie z imprezy. Do tyłu wsiada mały chłopiec. Machają do rodziny wyglądającej przez okna i ruszają.
Zaczyna padać śnieg. Przykrywa szron, pozostawione śmieci i wypalone czarne doły w ziemi. W oddali słychać pojedyncze wystrzały petard. Osiedle już nie śpi.
Zapasy z życiem

„Zapaśnik” to dramatyczna opowieść o zmaganiu z życiem. Próbie poskładania tego, czego nie można już naprawić.
Główny bohater jest podstarzałym zawodnikiem wrestlingu (postać doskonale zagrana przez Mickey’go Rourke). Randy „Taran” Robinson najlepsze lata kariery ma już za sobą. Niczego się nie dorobił. Mieszka w przyczepie. Pracuje w miejscowym supermarkecie. Ma córkę, którą przez lata zaniedbywał, a teraz próbuje odzyskać. W wolnych chwilach podrywa, tak samo jak on, przegraną striptizerkę o złotym sercu. Tak naprawdę, jest sam jak palec.
Forma sportowego dramatu zaproponowana przez reżysera Darrena Aronofskiego jest pomysłem na snucie egzystencjalnej opowieści. Od pierwszych scen filmu oglądamy wrak człowieka, który próbuje się podnieść. Randy chce coś zmienić, ale od początku skazany jest na porażkę. Na ringu ciało odmawia posłuszeństwa, tak samo jak intuicja, podczas nieporadnych sposobów nawiązania głębokich więzi.
– Jestem tylko starym kawałkiem mięsa, jestem samotny i zasługuję na to – mówi bohater w rozmowie córką.
Robinson jest weteranem wrestlingu. Sportu, który jest rodzajem teatru. Widownia wie, że wszystko jest tu zaplanowane, ale reaguje, jakby walka działa się naprawdę. Jednak zawodnicy odczuwają cierpienie. Krew i ból z powodu upadków lub wbijanych wszywek w plecy jest prawdziwy.
„Taran” najlepsze lata kariery ma już dawno za sobą. Walczy teraz dla kilku groszy, z podobnymi do siebie weteranami. W momencie, gdy rysuje się przed nim okazja do stoczenia walki życia, dostaje ataku serca, a lekarz kategorycznie zabrania mu powrotu na ring.
Widz w tym filmie nie zobaczy feniksa powstającego z popiołów. Bohater próbuje naprawić błędy, na których naprawienie jest już za późno.
Randy wejdzie na ring raz jeszcze, bo nic innego nie potrafi. „Otwarte zakończenie filmu pozostawia widza bez poczucia spełnienia. Zanim pojawią się napisy końcowe, przez parę chwil obserwujemy czarny ekran. Tak jakby reżyser chciał zapytać, jaki jest nasz bilans zapasów z życiem” (cytat z recenzji Michała Burszty-wielkie dzieki za feniksa i inspiracje).
-
Archiwa
- Grudzień 2011 (3)
- Maj 2011 (1)
- Kwiecień 2011 (1)
- Marzec 2011 (1)
- Luty 2011 (2)
- Czerwiec 2010 (1)
- Maj 2010 (1)
- Kwiecień 2010 (1)
- Luty 2010 (1)
- Styczeń 2010 (3)
- Listopad 2009 (1)
- Sierpień 2009 (1)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS


















Pragnienie
Czy istnieje wyjście z emocjonalnego pata? Czy jest ktoś kto zaspokoi nasze wyobrażenia i pragnienia? Reżyser nie odpowiada na te pytania. Pokazuje moment życia, gdy pragnienie idealnego związku pęka jak bańka mydlana. Może dlatego lepiej wybrać fantazję, bo w zbliżeniu dokładnie widać szczegóły i trzeba zmierzyć się z cierpieniem.